PustaMiska - akcja charytatywna Psiarnia
Pomagam! -50stron.pl
Kategorie: Wszystkie | Kirosinka | Literatura
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008

Wierzę ,że masz plan…Misterny i wykalkulowany. Od samego początku. Jedyny cel, jaki przychodzi mi do głowy, właściwie się już zrealizował. Może banalny ale taki życiowy. Ale jeśli nie, jeśli nawet z tobą zadziałał numer wilka w skórze baranka- wierzę-chcę wierzyć, że jeszcze trochę, jeszcze chwila i ta skóra opadnie, bo nie będzie już dłużej w stanie pomieścić zgnilizny moralnej…Nastąpi odsłona pierwsza i ostateczna…Dla ciebie pewnie coś nowego. Zaboli. Bardzo. Zobaczysz, że to było waste of time…Inni się tylko gorzko uśmiechną… A ja, o ironio, powiem, że jest mi naprawdę przykro…

wtorek, 26 sierpnia 2008

 

 

 

 

 

To ja...:)Przyszłam na świat 27 lat temu,26 sierpnia 1981 roku:)Imię Małgorzata otrzymałam po mojej chrzestnej.Mama mówi,że dzieckiem byłam marudzącym i wymagającym.Babcia pokochała mnie miłością niezwykle silną i świata poza mną nie widziała:)

Moje najwczesniejsze wspomnienie z dzieciństwa to szpital,gdzie leżałam umierając po tym jak połknęłam babcine tabletki na nadciśnienie...Tak kilka sobie łyknęłam-takie małe ładne były:/To,że mnie wtedy uratowali to podobno cud.

Dzieckiem byłam bardzo grzecznym,kulturalnym,czytałam dużo,lubiłam się uczyć,dobrze się uczyłam,zawsze byłam najlepsza w klasie.To zawsze z dumą powtarza mój ojciec.W czasie przeszłym oczywiście,nawiązując do emigracji,której nie może mi wybaczyć.

Dzieciństwo spędziłam z Babcią.Nie to,że gdzieś oddzielnie,bo mieszkaliśmy razem wszyscy.Ale czas spędzałam głównie z Babcią i jej koleżankami,słuchając wojennych opowieści,skandali,historii o duchach.Odwiedzałam razem z Babcią sąsiadki,chodziłam na spacery.Pamiętam,że grałam z Babcią nieustannie w karty.Kiedy dolączyła do nas moja siostra bez przerwy nas ogrywała:/Takie małe a takie sprytne-mawiała Babcia.

Byłam dzieckiem raczej zamkniętym, zakompleksionym,mało wierzącym w swoje siły i mozliwości.Tak mi niestety trochę zostało aż do dziś:(

A dziś mam 27 lat,z czego 3 przeżyte na emigracji.Pełne doświadczeń,wielu problemów ale jeszcze wiekszej ilości radości.Szczęśliwa jestem.Bardzo szczęśliwa.Bez szukania dziury w całym.Moje szczęście to posiadanie wokół siebie-bliżej i dalej wspaniałych ludzi,prawdziwych przyjaciół,dobrych duszków.Oni zawsze są i zawsze pamiętają.W takim dniu jak dzisiejszy i każdego innego dnia.I to jest najważniejsze.

Życzę dziś sobie,by ich nigdy nie zabrakło,by nigdy mi nie zabrakło poczucia ich obecności...

 

piątek, 22 sierpnia 2008

Tłumaczenie vel tłumok redi.Za oknem świta.I love it!!Really:))))Takie zmęczenie kocham!!!!!!!Dobrze,że tylko raz na jakiś czas.Kira przeżyła to cięzko,bo mówiłam do niej dziwne rzeczy i patrzyłam niby na nią a tak naprawdę gdzieś daleko poza nią;)

W tłumaczeniach nie znoszę momentów,kiedy się zagubię tak,ze nie wiem w jakim języku myślę.I do jakiego języka należy dane słowo...Tak jak dzisiaj.Paranoja!Ogarnęła mnie ciemota.Słowo"areszt"...Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się w jakim to jest języku..Czy to rosyjski,angielski czy może"nawet"polski...?Oczywiście ten ostatni przyszedł do głowy jako ostatni.Trzeba było posiedzieć chwilę,pogadać do siebie w każdym z języków,przejść się po mieszkaniu(akurat zawsze łażę w tę i z powrotem),osłuchać się z ich brzmieniem,powtórzyć parę razy,głośno,do osłupiałej Kiry;) i w końcu olśnienie!!Przecież akurat to słowo jest prawie identyczne dla wszystkich...!!!

Tak to jest!Ale I love it?Mówiłam już?;) 

środa, 20 sierpnia 2008

No to mamy tarczę w Polsce...


 

A mnie w pracy pytają:Why you support US??

Nie wiem.

A Tusk mówi"Polska i Stany Zjednoczone będą bezpieczniejsze"

Ciekawe... 

Another Cold War??? 

 

 

Książka,którą mogę polecić i którą przeczytałam w jeden wieczór nie zważając na nic wokół:)

Diane Setterfield Trzynasta opowieść

Niektórzy porównują tę książkę do Cienia wiatru Zafona.

Obie są samotne. Obie skrywają bolesną tajemnicę swoich narodzin. Obie zamknęły się w świecie książek. Margaret Lea - zwyczajna dziewczyna, córka antykwariusza z Cambridge, która bardziej kocha książki niż ludzi, i Vida Winter - największa pisarka naszych czasów, żyjąca z dala od świata,...

Jest to taka trochę romantyczna powieść grozy.Można w niej znależć dużo z Wichrowych Wzgórz i Dziwnych losów Jane Eyre.Zresztą są odwołania do tych utworów.

Dramatyczna historia rodzinna,szaleństwa,namiętności,kłamstwa a nawet duchy...Pisarka Vida Winter postanawia odkryć swoją prawdziwą historię Margaret Lea,prosząc ją,by napisała jej biografię.Tak się zaczyna porywająca opowieść z wieloma niedomówieniami,tajemnicami,strasznymi domysłami...I światem książek...

Polecam wszystkim:))

P.S.Jesień nadciąga,skrada się małymi krokami,ale ja ją czuję w powietrzu i w moim nastroju również.

sobota, 16 sierpnia 2008

Przeczytałam.Dałam się zwieść pięknej okładce,z której tchnęło spokojem i nadzieją...

Młoda prawniczka z ambicjami trafia na angielską prowincję.Traci pracę,przyjaciół,swoje dotychczasowe dostatnie życie.I jest w nieplanowanej ciąży.Ta sytuacja daje jej szansę na zmianę swojego życia i zastanowienie się nad tym,co tak naprawdę jest dla niej ważne i co chce dalej ze swoim życiem robić.I teraz już nie tylko ze swoim,jako że jest odpowiedzialna za żyjącego w niej małego człowieka.

Nie można powiedzieć,że jest to typowa literatura dla kobiet ale nie można tez powiedzieć,że nią nie jest...Moje osobiste wrażenia i odczucia są takie,że autorka miała świetny pomysł.Ale na co najmniej 3 ksiązki.To,co zmieściła w jednej, stworzyło niedosyt.Czasem za szybko,czasem za płytko,a czasem aż nazbyt infantylnie.Miało być o przemianie bohaterki, o rozmyślaniu,wspominaniu,a było tego jak na lekarstwo....I jest wiele rzeczy w tej książce niepotrzebnych,jakby na zapełnienie stron.Zbyt dużo chyba pragnęła autorka przekazać i trochę się to wymieszało.Zbyt dużo dygresji,m.in.w postaci wywodów filozoficznych,historycznych,nie pasujących do reszty utworu.Jednym słowem jakieś rozdrażnienie pozostało:/

 

piątek, 15 sierpnia 2008

Pusto.Cicho.Smutno.Przez całe trzy lata nigdy tak nie było.Ponad połowa naszej małej emigracji(3 na 5) wyjechała.Na szczęście na razie tylko na wakacje.Ale jest strasznie.Straszne to uczucie...

Nastał smutek,słoneczka gadugadowe się nie świecą,nie mogę, wlokąc swoje zwłoki z pracy zadzwonić i ponarzekać... A Ania pewnie teraz bagaż na Okęciu odbiera...A potem do domu pojedzie...I na łąkę pójdzie.I zobaczy drzewka,które jej  tata zasadził.Aż mi łza pociekła,kiedy mi to z zapałem opowiadała dziś w drodze na lotnisko...

Smutno i samotnie.Tylko Kironek mały patrzy mi z miłością w oczy.I K.zaraz z pracy wróci:) 

A wczoraj do późna u Ani we 3 robiłyśmy przegląd wydarzeń z zerówki i wczesnej podstawówki.Wspominałyśmy jaki kto miał worek na kapcie z koniecznie wyszytymi inicjałami.Tylko K.worka takowego nie posiadała.Do czwartej klasy tez nigdy nie chodziła;)Za to jej pani sprzątajaca w przedszkolu zrzuciła wielkie żelazne wiadro na głowę i później krew się lała i zanim Babcia przyszła,wnusia już miała bandaż na całej małej łepetynie,zawinięty pob brodą i zawiązaną z niego kokarde na boku głowy:)A no i obie z Anią doszłyśmy do wniosku,że nie lubiłyśmy szkolnych choinek,bo nikt z nami nie chciał nigdy tańczyć;)No,wtedy to był dramat;)I obiady szkolne,wielkie wiadro blaszane,z którego pani(nazywaliśmy ją Zupa)wielką łyżką nalewała zupę.I szkolne miłości,zazdrości,tragedie i katastrofy.Kochane "małe" życie:)))

P.S.Dla Kironka zaś największe szczęście nastało.Prosiak Tofik mieszka z nami again:))I Kircia może do niego zaglądać,wkładac ogon do klatki,nachodzić o każdej  porze dnia i nocy:)A ja codziennie rano nie mam prawa wypic kawy,zanim nie nakarmię tego małego popiskującego ze zniecierpliwienia zoo:)

 

 

wtorek, 12 sierpnia 2008

W Edynburgu jak co roku trwa największy na świecie festiwal sztuki.Jest pięknie,kolorowo i międzynarodowo.W ramach tego wydarzenia kulturalnego do Edi zawitał polski Teatr Rozmaitości z Warszawy.I wczoraj był wielki dzień:)Wybrałyśmy się we 3 z Anią na spektakl Dybuk.Dużo emocji,dużo pytań -na temat Boga,grzechu,chęci i niemożności poznania.I same znamienitości - Maja Komorowska,Magdalena Cielecka,Andrzej Chyra,Jacek Poniedziałek,Ewa Dałkowska,Marek Kalita.

Spektakl miał angielskie napisy,na jednym dużym telebimku w głebi sceny i na dwóch mniejszych ekranach po bokach.Myślę,że nie przesadzę,jeśli powiem,że publiczność pół na pół.Bardzo wiele osób stąd-zwłaszcza starszych.A koło nas siedziały nawet 2 młode Hiszpanki.Na początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona na napisy...Ale po bacznym ich obserwowaniu(co niestety na początku strasznie mnie rozpraszało,ale chciałam zobaczyć jak to jest zrobione i jak to może potencjalnie odczuwać angielskojęzyczny widz) doszłam do wniosku,że to się sprawdziło...

Publiczność bardzo długo biła brawo...Widać było obupólną radość:)A mi łzy leciały jak zawsze.Zrozumiałam,że bardzo mi tu na emigracji brakuje polskiego teatru...

W niedzielę wybieram się(sama niestety)na monospektakl 4:48-Psychosis z Cielecką w roli głównej. 

 

 A jeszcze gwoli zaznajomienia się z żydowskim "folklorem"-

DYBUK- „naga dusza”, zmora, duch w folklorze żydowskim.Dusza zmarłego, która nie może zaznać spoczynku czy też, wśród zwolenników  kabały,reinkarnacji z powodu popełnionych grzechów i szuka osoby żyjącej aby wtargnąć w jej ciało.

Opanowując daną osobę dybuk powodował zmianę jej osobowości, przemawiał jej ustami ale swoim głosem. Należało wówczas znaleźć rabbiego baal szema aby odprawił egzorcyzmy dzięki którym dybuk opuszczał ciało przez mały palec u nogi. Aby dybuk znalazł spokój i nie opanował kolejnej osoby trzeba go było przy egzorcyzmach namówić do wyjawienia swojej tożsamości i przeprowadzić tikun(naprawę) poprzez poczęstunek wiernych alkoholem przez rodzinę ujawnionego dybuka. Osoby cierpiące na choroby umysłowe lub nerwowe uważano często za nawiedzone przez dybuka i leczono je poprzez egzorcyzmy. Szczególny rodzaj dybuka opanowywał niektóre kobiety. Nie był on duszą zmarłego lecz demonem, który czynił z opanowanej czarownicę. Pomimo wzajemnej izolacji współżyjących środowisk, żydowskie opowieści o dybukach miały wpływ na ludowe wierzenia chrześcijan.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Cieszę się.Jak dziecko.Miała być zupa a na drugie chińszczyzna.Ale jakoś tak mnie olśniło,że skoro mam kurczaka,to mogę przecież...No właśnie:)Ugotowałam rosół!:))I jest naprawdę pyszny.Zamykam oczy,smakuję koniec łyżki i przypomina mi sie niedzielny obiad z dzieciństwa.Do tego mama zawsze robiła sama makaron na ten rosół:)I ten zapach dzisiaj w mieszkaniu-tak,jakiego tu jeszcze nie było a taki jaki doskonale pamiętam ze starych dobrych czasów:)

No i co z tego,że takie ze mnie naiwne stworzenie.Ktoś powie,że to żadne wielkie Halo!A ja i tak jestem z siebie dumna.I dzisiaj idąc za ciosem,dowartościowałam się wspomnieniowo-polsko-żywnościowo:

 

Nieśmiertelna chałka-kojarzy mi się z moją Babcią,która zawsze jadła ja z cieplym mlekiem,a kiedy nie było akurat chałki wymyślała dla mnie inny specjał.Polewała kromkę zwykłego chleba wodą,a potem na to łyżeczka cukru:)Kiedyś pamiętam jakis zjazd rodzinny,cały stół suto zastawiony i...autentyczna kolejka wnuków i prawnuków "miastowych"pod pokojem babci po specjalną kanapkę:)Aż mi się łezka zakręciła na wspomnienie tego...

piątek, 08 sierpnia 2008

No to w sam raz jak dla nas.Bo jesli nie daj Boże będziemy się wyprowadzać z tego mieszkania(a na pewno kiedyś będziemy),to nie chce myśleć JAK!!!)

Poza tym po staremu.Zmęczenie i zniechęcenie.Nie jest dobrze.Z moim pesymizmem już widzę jesień.Inna sprawa to to,że często ostatnio pada.Dni coraz krótsze.Snu wciąż za mało.Znowu zasypiam nad książką,a to mnie zawsze doprowadza do wściekłości:/

Skończyłam czytać Kroniki...Murakami.Wymęczyła mnie ta książka straszliwie.Czuję się teraz jakby mnie co najmniej walec przejechał(K.zawsze się drazni,kiedy podaje takie porównania,że przecież nie mogę tego wiedzieć,bo nigdy nie byłam w takiej czy innej sytuacji).OK.Gwoli ścisłości-nigdy mnie walec nie przejechał i nie wiem jak to jest!Ale książka mnie bardzo psychicznie zmęczyła i dlatego między innymi mogę ją zaliczyć do grona bardzo wartościowych i dobrych książek.

Teraz dla odmiany zabrałam się do znacznie lżejszej literatury(to się zresztą okaże,bo ja umiem wszędzie stworzyć problem)pod postacią W ogrodzie Mirandy Katarzyny Krenz- historia polskiej emigrantki, która z wyżyn prawniczej kariery w warszawskiej kancelarii, spadła na angielską prowincję, będąc na dodatek w nieplanowanej ciąży. Miranda w jednej chwili traci pracę, mieszkanie, przyjaciół, samochód, a nawet ubrania. Nie traci tylko rozsądku i wiary w to, że los dał jej drugą szansę. Szybko okazuje się, że życiowa katastrofa staje się początkiem nowej drogi życiowej, a nieplanowana ciąża źródłem wewnętrznej siły i prawdziwym szczęściem.* Chwyciłam książkę jakoś niechcący z empikowej złototarasowej  półki i zobaczymy czy to był dobry przypadek:) 

Poza tym czekam...Jeszcze koło 3 tygodni.Czekam jak na wyrok.Bo to właściwie jest wyrok,od którego zależy dużo.Moje dalsze życie,życie bliskich mi osób,Nie jestem naiwnym stworzeniem,które zakładało,że wszystko i wszyscy zawsze będą obok,na wyciągnięcie dłoni,na przejście 200 m...Każdy jest za siebie odpowiedzialny.Nie mogę nikogo zmusić.Nie tupnę nogą..Będę mieć tylko nadzieję,że ten kurewski bilet w jedną stronę zarezerwowany na początek września przepadnie...

*skopiowane ze strony Wydawnictwa Literackiego 

 
1 , 2