PustaMiska - akcja charytatywna Psiarnia
Pomagam! -50stron.pl
Kategorie: Wszystkie | Kirosinka | Literatura
RSS
piątek, 30 lipca 2010

Zaczyna się od poczucia czegoś swojego, znajomego, bezpiecznego. Potem dochodzą do tego własne, ulubione miejsca. Miejsca rozpoznawane poprzez przywiązanie, pojawiającą się potrzebę powracania. Świadomość ,że to moje, bliskie. Do tej pory niezauważane, świadomie i z premedytacją. Porównywane, zestawiane, nienawidzone. Wszystko podszyte tęsknotą, nadzieją, wspomnieniami.

Świat przestał się w końcu dzielić na tam i tu. Wtedy i teraz. Bo najważniejsze jest to, co jest teraz. Teraźniejszość. Dla nas wszystkich taka sama. Mimo, że rozgrywająca się w różnych szerokościach geograficznych.

Na to czekałam, powtarzając bliskim mi osobom, że trwam w oczekiwaniu na coś i sama nie wiem, co to jest. A to była po prostu potrzeba zrozumienia, że TU i TERAZ toczy się moje życie, że czas otworzyć drzwi ,które są przede mną. Jest rok 2010 a ja zostałam gdzieś pomiędzy 2000 a 2005.I zostałam tam jako jedyna postać na scenie.

To się zmieniło. Zajęło bardzo długo. Za długo. Dosłownie wyjęło kilka lat z życiorysu, wycisnęło wiele łez, wywołało wiele kłótni, niepotrzebnych bolesnych słów. Określenie swojego miejsca. Przyzwyczajenie się do tej myśli. Pogodzenie się z nią.Zrobienie kroku do przodu.Podjęcie kilku "małych" ;) ale ważnych decyzji.

Przepraszam. I dziękuję. Teraz będzie już tylko lepiej i radośniej.

sobota, 24 lipca 2010

chwile,kiedy spotykamy kogoś na ulicy,w sklepie.Przez jeden maleńki ułamek sekundy brwi się podnoszą,usta otwierają,by powiedzieć Hello,Hi czy Cześć i nagle...myśl,świadomość,że przecież już od jakiegoś czasu jesteśmy sobie obcy.Nie rozmawiamy,nie utrzymujemy kontaktu,mamy do siebie żal,drogi się rozeszły.

Patrzymy sobie w oczy przez kilka sekund.Świadomie,z ciekawością,zaskoczeniem.Potem odwracamy wzrok.Udajemy,że nie zauważylismy się nawzajem.Idziemy dalej,skupiając uwagę na psie,czekającym na pana pod sklepem.Byle szybciej do domu.

A później ta mała bomba smutku i złości  tyka przez kilka kolejnych godzin...

piątek, 23 lipca 2010

Męczy mnie to lato.Przez niepewność,natłok myśli,oczekiwanie.Zbyt dużo różnych wiadomości, zmian i decyzji do podjęcia.

Dryfuję i gdzieś zbyt daleko odpływam.Od siebie i od innych.

Czekam.Trwam w zawieszeniu.Na co?Na koniec lata?Na wizytę w Polsce?Na kolejny rok?

Dużo we mnie złych myśli,uporu,dużo żalu i zniechęcenia.Dużo nerwowych reakcji i za dużo złości.Za mało siły woli,systematyczności,konsekwencji.

Coś się zmieniło...Nie wiem tylko co...

wtorek, 20 lipca 2010

Lee Shapiro jest emerytowanym sędzią. To również jeden z najbardziej kochających ludzi, jakich znamy. Na pewnym etapie swojej kariery Lee przekonał się, że miłość to najpotężniejsza siła, jaka istnieje, i w rezultacie swego odkrycia postanowił rozdawać wszystkim uściski. Nalepka przytwierdzona do zderzaka jego samochodu głosi: „Nie irytuj, lepiej przytul!”

Jakieś sześć lat temu Lee sporządził sobie, jak się wyraził, „przybornik do przytulania”, na zewnątrz którego widnieje napis: „Serce za uścisk”, wewnątrz zaś mieści się trzydzieści haftowanych czerwonych serduszek z przylepcem z tyłu.

Lee często zabiera go ze sobą na ulicę i ofiarowuje przechodniom małe czerwone serduszka w zamian za uścisk.

Popularność Lee jest tak ogromna, że stał się najczęściej zapraszanym gościem na co znaczniejsze zjazdy i konferencje, podczas których wygłasza zawsze prelekcję na temat bezwarunkowej miłości.

Na konferencji w San Francisco lokalna stacja telewizyjna podała w wątpliwość jego teorię.

- Łatwo rozdawać uściski uczestnikom zjazdu, ludziom w pewien sposób wyselekcjonowanym. Coś takiego jednak nie sprawdziłoby się w zwykłych warunkach.

Dziennikarze rzucili mu wyzwanie – niechby spróbował brać w objęcia przechodniów na ulicach San Francisco.

Lee wybrał się więc do centrum razem z ekipą telewizyjną. Zatrzymał najpierw przechodzącą nie opodal kobietę.

Dzień dobry, jestem Lee Shapiro. Rozdaję takie serduszka w zamian za uścisk.

- Z przyjemnością skorzystam – odparła kobieta.

- To było zbyt proste – sprzeciwił się komentator.

Lee rozejrzał się wokoło. Spostrzegł parkingową – miała niezłą przepraw z właścicielem BMW, który nie chciał zapłacić za postój. Lee pomaszerował do niej natychmiast, a za nim pognali sprawozdawcy.

- Chyba dobrze zrobiłoby pani, gdyby ktoś panią przytulił. Jestem Lee Shapiro i chciałbym pani pomóc – zaproponował.

Zgodziła się.

Komentator postanowił wystawić Lee na próbę raz jeszcze.

- Proszę popatrzeć: nadjeżdża autobus. Kierowcy autobusów należą do najbrutalniejszych, najbardziej opryskliwych i małodusznych ludzi w całym San Francisco. Sprawdźmy, czy uda się panu przytulić takiego kierowcę.

Lee przyjął wyzwanie.

Gdy tylko autobus zatrzymał się przy wysepce, Lee zagadnął kierowcę.

- Cześć, nazywam się Lee Shapiro. Twój zawód należy chyba do najbardziej stresujących na świecie, co? Wiesz, rozdaję uściski ludziom, żeby nieco ich ukoić. Może przydałby ci się jeden?

Kierowca wstał z miejsca. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt, a ważyć musiał chyba ze sto dwadzieścia kilogramów. Zszedł do Lee i odparł:

- Jasne, czemu by nie?

Lee uściskał go i podarował mu czerwone serduszko, a gdy autobus odjeżdżał, pomachał kierowcy na pożegnanie.

Ekipa telewizyjna oniemiała. W końcu odezwał się sprawozdawca:

- Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem…

Pewnego dnia w drzwiach domku Lee pojawiła się jego przyjaciółka, Lancy Johnston. Nancy jest zawodowym klaunem, więc Lee nawet nie zdziwił się, widząc ją w kostiumie pajaca, z odpowiednim makijażem i resztą błazeńskiego ekwipunku.

- Lee, bierz swój „przybornik do przytulania” i idziemy do domu dla niepełnosprawnych! – rzuciła głosem nie znoszącym sprzeciwu.

No i poszli.

Przybyli do pensjonatu. Rozdawali pacjentom śmieszne kapelusze, serduszka, uściski…

Lee czuł się jednak trochę skrępowany – nigdy dotąd nie brał w objęcia ludzi nieuleczalnie chorych, upośledzonych, ludzi całkowicie sparaliżowanych. Czuł się niezwykle spięty.

Zdenerwowanie ustąpiło nieco, gdy w ślad Lee i Nancy poszli lekarze, pielęgniarki i sanitariusze. Przez kilka godzin wędrowali wszyscy razem od sali do sali.

Dotarli wreszcie na ostatni oddział. Znajdowały się tam trzydzieści cztery osoby w najcięższym stanie. Lee po raz pierwszy stanął w obliczu tak rozpaczliwego widoku…

Poczuł się zupełnie przybity, zbyt jednak był zaangażowany i przejęty swą misją obdarowywania miłością, by coś mogło go powstrzymać. Razem z Nancy i całym personelem medycznym zaczął swą wędrówkę po sali.

Wszyscy mieli już przypięte do kołnierzyków serduszka, a na głowach założone kapelusiki, gdy Lee podszedł do ostatniej osoby.

To był Leonard. Duży biały śliniak, zawiązany pod jego szyją, był cały mokry. Lee rzucił na niego okiem.

- Chodźmy, Nancy. Z nim nie da się nic zrobić – oświadczył.

- Dalejże, Lee. To też człowiek, nieprawda? – odparła Nancy i umieściła na głowie Leonarda śmieszny kapelusz.

Lee wyciągnął jedno ze swych czerwonych serduszek i przytwierdził je do śliniaka, a potem wziął głęboki oddech, pochylił się i uściskał go.

Zupełnie niespodziewanie rozległ się radosny pisk Leonarda: ”Iii! Iii!”

Niektórzy pacjenci zaczęli klaskać, inni uderzali, w co mieli pod ręką, by narobić trochę hałasu.

Lee odwrócił się w stronę pracowników, by wyjaśnili mu, co się dzieje, lecz jak się okazało, wszyscy – lekarze, pielęgniarki i sanitariusze – płakali!

- O co tu chodzi? – zapytał siostrę przełożoną.

Nigdy nie zapomni jej odpowiedzi:

- Po raz pierwszy od dwudziestu trzech lat Leonard się uśmiechnął…

Jak łatwo uszczęśliwić innych…

 

"Balsam dla Duszy"Jack Canfield ,Mark V.Hansen

sobota, 17 lipca 2010

Na promocji sie probuje a potem zazwyczaj kupuje.Argument uzyty w dyskusji na temat szkodliwosci jutrzejszej Euro Pride w Warszawie.Nie wiem juz jak reagowac,bo powiedzial to wyksztacony polityk.Nie jakis zwykly przechodzien zapytany podczas sondy ulicznej,ktory odpowiedzial kiedys prosto z serca i dosadnie:"Ja tam panie nie wiem,ja prosty motorniczy jestem ale swiat przecie tak stworzony juz,ze babe ma j***c chlop".

Slow braknie ale dzieki temu wszelkie,czasem jeszcze przewijajace sie mysli o ewentualnym powrocie na ojczyzny lono,brzmia echem coraz cichszym i coraz bardziej odleglym.

Wiem jedno.Dobrze mi z tym, kim jestem i nawet jesli wedlug slow pana Terlikowskiego z Frondy(opartych na jakichs niezwyklych niewatpliwie badaniach) bede zyc 20 lat krocej niz on,to przynajmniej zestarzeje sie u boku ukochanej osoby i umre szczesliwa.

To tyle w tej kwestii.Wiecej zwierzen tej natury na tym blogu nie bedzie.

wtorek, 13 lipca 2010

Nie ma to jak naleśniki na kolację.Samotną kolację przy książce i kawie.Wiem-naleśniki i kawa lepiej brzmią,kiedy mowa o śniadaniu ale...

Narodził mi się plan.Plan działania na jutro.Otóż  jakiś czas temu zadziałałam kulinarnie i zrobiłam dżem.Kilkanaście słoiczków-śliwkowy,jabłkowy,pomarańczowy,z dodatkiem czekolady.Słoiczki rozeszły się po znajomych,nam tez posłużyły  i dziś podczas w/w czynności naleśnikowych zauważyłam,że został jeden słoiczek...Jeden mały..Tyci... Czas powiekszyć "spiżarnię"...

Aha,imbiru też nagotuję...;)

 

P.S. kiedyś będę mieć dom a w nim obowiązkowo spiżarnię-z przetworami i konfiturami.No i piwniczkę z winami oczywiście też:)Kiedyś:)

niedziela, 11 lipca 2010

Lato.
Słońce.
Trochę deszczu.
Złe wiadomości.
Nieszczęścia chodzą parami.
Lubią się zbiegać w czasie.

Wszystko się zmienia.

Po tym lecie nic już nie będzie takie samo.


Ale później odetchniemy....I wszystko się ułoży,będzie- jak być powinno.