PustaMiska - akcja charytatywna Psiarnia
Pomagam! -50stron.pl
Kategorie: Wszystkie | Kirosinka | Literatura
RSS
poniedziałek, 28 lipca 2008

Powróciłysmy ze Wschodu-tego bliższego i tego dalszego.Pierwsza refleksja to -BYŁO GORĄCO!!Odzwyczaiłam się od takich upałów.W Warszawie pierwsze dni były znośne,natomiast w Kijowie było jak w piecu.Taka pooda jest dobra na opalanie się gdzieś nad wodą-ale nie na chodzenie po mieście!!

Pociąg znosłysmy dzielnie,w drodze powrotnej z Kijowa było gorzej,bo strasznie duszno.No i obsługa celna po raz kolejny doprowadziła K.do białej gorączki.A to za sprawą wypełniania deklaracji.Napisane jest jak wół(w 3 językach),że jedna częśc deklaracji wypełnia się przy wjeździe a drugą,kiedy się opuszcza kraj.Tak też uczyniłyśmy.

Granica.Celnik ukraiński wpada i wrzeszczy czemu nie wypełnione.K.próbuje tłumaczyć  j/w ale jak wiadomo celnik ma zawsze rację.Poza tym pojawia się większy grzech...

C:Czemu nie wpisany numer i seria paszportu???!!!(pragnę dodać,że kiedy nam wręczył deklarację jakąś godzinę wcześniej zabrał wszystkim paszporty)

K.:(powstrzymując się od "wyjechania mu"-bo ona nie lubi,kiedy się na nią głos podnosi)No właśnie wpisuję!!!Bo przed 2 sekundami oddaliście mi mój paszport!!

C.:(zupełnie nie zbity z tropu-bo on ma przecież zawsze rację!!!) Coś wolno piszecie!!!

:))) 

O narodzie ukraińskim mogę powiedzieć jedno-oni jedzą tylko raz dziennie...od rana do wieczora!!!Piękna to cecha-wschodnia gościnność,ale patrzeć na siebie nie mogę teraz...:/Nie sposób było nie jeść,bo kończyło się to obrazą.Tak więc trzeba było jeść.No i jadłam.Udało mi się jedynie przeforsować niepicie alkoholu,czym wzbudziłam chyba głównie litość i współczucie:)Pewnie teraz myśleć będą,że to co za życie bez alkoholu...Ale dali mi święty spokój.

Pierwsze zdanie,jakim nas witano po powrocie z włóczęgostwa codziennego było-Myjcie ręce i będziemy jeść!!!Potem już odwlekałyśmy powrót do domu jak tylko mogłyśmy...

Nie udało nam się niestety zobaczyć wszystkiego,co sobie zaplanowałyśmy.I tu przestroga dla wszystkich.Nie odwiedzać lekarzy podczas urlopu!!!K.poszła do lekarza jeszcze w Polsce.Skończyło się kilkoma wizytami w Kijowie,bo w Warszawie już nie było czasu(wynaleźli parę ciekawych rzeczy,które rzuciły blade światło na problemy sprzed lat i operacje oka).Po tylu latach miała więc okazję zawitać do ojczyźnianego wracza:)Trochę dziwnie było...A ja miałam okazję zobaczyć ukraiński szpital od podszewki...Nie byłoby tak źle,gdyby nie poziom toalet,który przeraża.I najgorsze jest to,że nikt do tego nie przywiązuje uwagi...cały budynek może byc superekstra odnowiony i zmodernizowany, a toalety są w strasznym stanie.Tak było w wielu innych instytucjach i zastanawia mnie ten fenomen.

Jeden cały dzień spędziliśmy na grillu pod Kijowem.Jedliśmy cały dzień oczywiście...Najciekawszym wydarzeniem (oprócz huge ilości jedzenia)było dwóch 16latków,którzy chcieli się bliżej zapoznać i ich zapały ostudziło dopiero nasze wyznanie,że jesteśmy ponad 10 lat starsze od nich:) 

Odwiedziłysmy teatr Lesi Ukrainki.To jest zawsze obowiązkowe przy wizycie w Kijowie:).Pierwszego dnia zrobiłysmy napad na Pietrowku-piękny rynek z knigami,skąd łupy niesamowite przywiozłysmy.Część ich została w Polsce,jako że samolotowy bagaż ma swoje ograniczenia:/Płynęłysmy statkiem po Dnieprze,byłysmy w  Kijewo Peczerskoj Ławrie.

Strasznie krótko i strasznie szybko.Ale wspomnień dużo-i to dobrych wspomnień, a to chyba jest najważniejsze.W drodze powrotnej wyglądałam przez okno i tak mi było dobrze na tym Wschodzie,tak inaczej,spokojniej. 

W Warszawie upały również.W drodze powrotnej samolot miał prawie 2 godziny opóźnienia.W międzyczasie podali komunikat,z którego nie wiadomo,czy powinniśmy byli się śmiać czy płakać-a mianowicie,że samolot nie poleci,bo załodze skończyły się właśnie godziny pracy...Ostatecznie jakoś się udało.Nie wnikam czy leciał z nami pilot czy ochotnik...

Kocuś nas przywitał obrażoną miną,zdenerwowaniem,pazurami i taką ilością złośliwości i niewychowania,że trzeba się brać za ukulturalnianie delikwentki na nowo.Za to Anię uwielbia.Och och och....!!!To juz mój taki foch zazdrości:)

Trzeba powracać do rzeczywistości...I wlaściwie wróciłyśmy bardzo szybko,po wczorajszej wyprawie do Ikei.Do Ikei nie dojechałyśmy jednak.Miałysmy za to zaszczyt jechać na lawecie pomocy drogowej jako,że autko się zadymiło a następnie rozkraczyło-sprzęgło poszłooooo:(Przyjechał pan z superekstra fizjonomią,wytatułowany,ze złotym kołem w uchu i zabrał nas do warsztatu.Jak sobie przypomnę minę Ani w krótkiej sukience,wsiadającej do tegoż samochodu to  się zastanawiam,czy my 3 kiedyś zaczniemy wieść normalne zycie,pozbawione takich absurdalnych przygód;)

 

środa, 16 lipca 2008

 Tak.Odchodzą.I trzeba czekać do kolejnego spotkania,podczas którego wciąż tak mało czasu,by opowiedzieć wszystko to,co mijaliśmy,pędząc przez życie...

 Śpiew ptaków za oknem i szum-ten jeden jedyny niepowtarzalny.Taki warszawski szum podwórka-popołudniowy,letni...Ktoś gdzieś rozmawia,gdzieś zaszczeka pies,gdzieś zapłacze dziecko...Parapetówa na Marysinie.4osobowa.Śmiesznie,wesoło i wspomnieniowo:)I my znowu z Pańciostwem F..Tym razem już nie w akademiku,i nie w malutkim mieszkanku,u progu narodzin Wiki...

Czas się zatrzymuje na takie chwiile...Przez moment daje poczuć,że mimo tego co było,mimo tego odcinka,jaki upłynął jest coś trwałego,niezniszczalnego...

I to  poczucie,że marzenia się spełniają  i jest coraz lepiej.

Z Pańcią w sklepie osiedlowym robiłyśmy zakupy na oblewanie nowego mieszkania-procentowe rzecz jasna.K.wyjaśnia.co bedę pić i rzuca jakąś uwagę,że ja właściwie nigdy  nie piję,na co Pańcia z bezcenną miną na pół sklepu rzuca"Jezuuuuuu,od kiedy???!!!!!".

wtorek, 15 lipca 2008
Jesteśmy.Przybyłyśmy.Zakupujemy,zwiedzamy,odwiedzamy:)))Fajniutko jest.Bryza warszawska zza okna mnie dziś obudziła.Taka bryza spalinowa i tramwaju dźwięk:)Superowo:)))
poniedziałek, 14 lipca 2008

Urlop!!!Wreszcie:))))Obrzęd spakowania się dokonany!

Wspaniale dziś było.Po południu przyszła Ania.Kironek ulokowała się przy niej i patrzyła jej w oczy jakby pytając"A będziesz ty dobra dla mnie?".Wybrałyśmy się na kolację a potem do kina na Mamma mia.I chociaż nie lubię kina "śpiewanego"ten film był niesamowity.Tyle śmiechu,tyle radości,nawet łez.I tak mi się teraz marzy mała wyspa grecka.W ciszy i spokoju.

Kirosia smutno patrzy mi w oczy a ja popłakuję.Taki mały pluszak nie wie jeszcze,że my jutro nie wyjdziemy po raz kolejny do pracy na kilka godzin,tylko na trochę dłużej...

Jutro o 14 samolot.Potem Warszawa.Potem zielona Ukraina:)

Zatem w droge...:)

sobota, 12 lipca 2008

Odliczam dni i...odkładam pakowanie na ostatnią chwilę,bo nie znoszę tego:/Stanowczo łatwiej jest się rozpakowywać-wtedy przynajmniej wszystkie rzeczy wędrują do pralki!

Cieszę się ale i tęsknię już za małym czarnym pluszowym kosmatym,które ostatnio strasznie przytulaśne się zrobiło.A mnie się już wydaje,że ona czuje,co my dla niej szykujemy.I gul wzruszenia mi staje w gardle... Ja nie wiem,co muszą w takim razie czuć matki,kiedy się z dziećmi rozstają nawet na chwilę...:(((

 

czwartek, 10 lipca 2008

Wystarczy kliknąć:

http://www.everyclick.com/dianewilson    

 

Dziękuję:)

środa, 09 lipca 2008

Piszczel moj zostal dzis w pracy wystawiony na ciezka probe.Az mnie zamroczylo!!!Przygniotlo do podlogi(prawo przyciagania zadzialalo jak nic).Zdjelam buciora,skarpetke i kiedy juz bylam zupelnie pewna,ze zlamalam noge dokonalam aktu strasznego bluzgatorstwa...Oz w morde!!Za tydzien holiday!!Jak ja bede o kulach kustykac po Kijowie!!Skonczylo sie oczywiscie na tym co zawsze-czarnowidztwie i strachu.Ale noga nadal spuchnieta i boli:/

Kircia dostaje atapu latawki...A ja mysle,ze nie dam chyba rady 2 tygodnie bez niej...Moja szefowa mi dzis jeszcze z sadystycznym usmiechem opowiedziala,ze jej kocica nie poznala jej po 2 tygodniach,do domu nie chciala wracac,a kiedy juz wrocila,to ignorowala.Jednym slowem zapomniala!Ja nie chceeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!! Kircia zostaje z Ania.Bedzie mogla zatem byc soba;)

Polskich liter dzis nie ma i nie bedzie,bo burzuazja administracyjna pod postacia K.zajela duza maszyne. Zainfekowala ja "wloszczyzna".Ale dumna z niej jestem,bo piekne menu dla nowej restauracji powstalo i nawet ja mam w tym swoj udzial,jako ze musialam sie zapoznac z kuchnia wloska.Teraz to ja jestem za pan brat z Panna Cotta,Bruschetta i Minestrone!!:)

Szykuje sie do jutra.W niepokoju,stresie i w tej jednej jedynej mysli "Przeciez to nie wypali"...Sa w zyciu rzeczy,ktore przezyc trzeba. I zmierzyc sie z nimi.Nawet jesli to tylko urodziny.Ale za to w jakim skladzie...Lepszego nie mozna sobie bylo wymarzyc,nawet w najgorszych koszmarach...;)Choc kiedys to byl piekny sklad...

poniedziałek, 07 lipca 2008

Pięknie weekend minął.Śpiąco,czytająco i wycieczkowo.Pojechałyśmy w niedzielę we 3 do małego miasteczka Bridge of Allan.Niedaleko Stirling.Malusieńkie miasteczko,malusieńkie uliczki.Zielono,park,no i bridge oczywiście.Punktem docelowym była restauracja włoska.A jakże...Później delikatesy włoskie.Nugat niestety nie moje zęby był,więc na półce pozostał.

Wieczorem Wanted z boską Angeliną.Tylko mięso i blood:/Ania przez pół filmu przesiedziała z zamkniętymi oczami.Mnie takie sceny nie przerażają,ja tylko nie lubię horrorów,gdzie się jeszcze trzeba bać:(I ktoś się czai za rogiem albo w szafie...Ale ta scena z myszami w Wanted to już było przegięcie!!!No jak tak można???Sorry Mickey-jak to powiedział Russian man w filmie:/

 

 

sobota, 05 lipca 2008

Zmęczona jestem i czekam na ten urlop jak na wybawienie.Napisałam urlop,bo ostatnio była zażarta dyskusja na jednym z forów.A to za sprawa zjawiska zwanego Ponglishem.Że niby coraz częściej ludzie mieszkający na Wyspach wrzucają do swojego codziennego słownika wstawki angielskobrzmiące.

Ile ludzi tyle opinii.Ale czego by nie mówić-to się rozwija i rośnie w siłę i wcale nie dlatego,że ktoś chce zaszpanować.Po prostu tak  jest łatwiej.O wiele łatwiej czasem użyć nawet bardzo spolczonego za pomocą końcówki czy wymowy zwrotu angielskiego.Zresztą ja bym z tego nie robiła takiego wielkiego halo.O język swój ojczysty staram się dbać.Przyznaję szczerze.Ale czasem łatwiej jest sobie drogę skrócić.

Zatem jestem ostatnio bardzo busy,holiday dopiero za 1,5 tyg.Natomiast w niedzielę,zgodnie z rotą mam offa:)

czwartek, 03 lipca 2008

Dzisiaj nie nastawiłam budzika i obudziłam się o 13:30:)))Ech..warto było:)Potem były zakupy,wszystko już pod kątem wyjazdu.Tylko walizki jeszcze nie ma.I Body shopa nawiedziłyśmy.Piękne masło jagodowe sobie zakupiłam do rozpieszczania swojego ciała:)Dostałyśmy kartę zniżkową.Pod tym względem kocham ten kraj.Wszędzie dostaje się jakieś advantage cards.Ale za dzisiejszą sumę zostawioną w tym sklepie,to duuuużo kart powinnysmy dostać:/

Obejrzałyśmy program w TV Houses behaving badly.Dobre rady na temat sprzątania domu.Ja to strasznie lubię,bo tam zawsze podają ciekawe rozwiązania.Najczęściej antidotum na wszystko jest ocet.Ale w tym kraju ocet jest dobry na wszystko...No i np.było dziś o tym jak usunąć ten straszny tłusty osad,jaki sie gromadzi na kafelkach powyżej kuchenki.Trzeba wziąć sodę,nasypać do wysokiego naczynia(ważne,żeby było wysokie,bo to później zaczyna kipieć) i dolać do tego trochę octu.Później pędzelkiem nałozyć to na ścianę i pozostawić na 20 minut a następnie przemyć ciepłą wodą.Na kuchenkę też działa,bo podekscytowana K.wypucowała powierzchnie w trakcie przerwy na reklamę:)

Przez całe popołudnie Kirosia była wniebowzięta.Było wspólne gotowanie i mogła sobie trochę polazić po stole i pomarzyć,że coś  jej z sałatki skapnie.A marzenia, jak wszyscy wiemy,są piękne;)Później K.zapewniła jej rozrywkę w postaci wesołego miasteczka...Karuzela,diabelski młyn,latanie...Biedne Pluszowe popiskiwało i miauczało.

 

 

 


 
1 , 2