PustaMiska - akcja charytatywna Psiarnia
Pomagam! -50stron.pl
Kategorie: Wszystkie | Kirosinka | Literatura
RSS
środa, 30 kwietnia 2008

Tekst przekopiowany ze szkocja.net

Połowa imigrantów opuściła Wielką Brytanię Według najnowszego raportu połowa z miliona imigrantów z Europy wschodniej pracujących w Wielkiej Brytanii od 2004 roku zdecydowała się na powrót do swoich krajów – informuje serwis BBC.

Badania zostały przeprowadzone przez Institute for Public Policy Research (IPPR) i objęły mieszkańców z 10 krajów Europy wschodniej, które w ostatnim czasie przyłączyły się do Unii Europejskiej.

Z raportu wynika, że napływ imigrantów na Wyspy ulegnie znacznemu spowolnieniu. Wielu z nich zdecyduje się na powrót do domu z powodu poprawy sytuacji ekonomicznej w ich krajach.Szacuje się, że w drugiej połowie 2007 roku do Wielkiej Brytanii przyjechało o 30 000 mniej imigrantów niż w 2006 roku.

Czterech na dziesięciu Polaków, którzy wrócili do kraju stwierdziło, że lepsze perspektywy zatrudnienia w Polsce zachęcą ich rodaków mieszkających w UK do powrotu.

W ostatnim kwartale 2007 roku w Wielkiej Brytanii mieszkało 665 000 imigrantów z 10 krajów Europy wschodniej.

Rząd brytyjski poczynił mylne założenia twierdząc, że po 2004 roku do UK przybędzie od 5 000 do 13 000 imigrantów.Tymczasem do połowy 2006 roku 293 000 przybyszy z Europy wschodniej starało się o pozwolenie na pracę.

Władze nie przewidziały również skali geograficznego rozprzestrzenienia migrantów. Według raportu IPPR regiony takie jak Szkocja czy południowo-zachodnia Anglia, które jak dotąd nie cieszyły się popularnością wśród imigracji zarobkowej, po 2004 roku przeżyły najazd Europejczyków. Dane te pokazują, iż imigranci są gotowi osiedlić się wszędzie tam gdzie jest praca.

_________________________________________

 

Nie wierze w to,choc cos w tym niewatpliwie jest.Nie zauwazylam jakiegos szczegolnego deficytu Polakow na Wyspach(na razie przynajmniej),ale prawda jest taka,ze kiedy poznaje kogos nowego i pytam jak dlugo jest w Szkocji,zawsze slysze odpowiedz:2,3 lub 4 lata.Nie pamietam,zeby ktokolwiek odpowiedzial,ze jest tu krocej.Na tej podstawie wnioskuje,ze ludzie przestali przyjezdzac. Osobiscie znam 2 osoby,ktore wrocily.Jedna po 3 latach,druga po 2.Jedna z nich wykonuje identyczna prace,tyle tylko,ze za odpowiednio dla Polski mniejsze pieniadze.Ale zwyciezyl chyba patriotyzm i rodzice...

Mysle,ze glownym powodem dla ktorego Polacy wracaja jest umacnianie sie zlotowki.Zlaszcza tym,ktorzy przyjechali po "wielka kase" nie oplaca sie juz zupelnie tu zostawac.Sa ludzie,ktorzy wracaja i otwieraja wlasny biznes,wykorzystujac doswiadczenie, a czesto i kwalifikacje zdobyte na uczelniach w Wlk Brytanii.

Niestety ostatnio w necie pojawilo sie tez kilka artykulow na temat tego,co dzieje sie z ludzmi po powrocie,kiedy musza sie zmierzyc z polska rzeczywistoscia,rzeczywistoscia,od ktorej odwykli,rzeczywistoscia,ktorej czesto juz nie sa w stanie zrozumiec.Onet-naczelny "donosiciel"z Wysp pisal o kolejkach do psychologa.

Czasem sobie mysle(od razu zaznaczam,ze taka opcja nie wchodzi w gre):jak to byloby wrocic?Od czego zaczac?Czy dalabym rade zaczac od nowa?To jest jak uczyc sie wszystkiego od podstaw.Kiedy jestem w Polsce i widze jak szybko,np.po wizycie w Empiku czy obojetnie jakim sklepie znikaja moje wymienione zlotowki,zastanawiam sie z przerazeniem jak to by bylo,gdybym miala tylko zlotowki??

Oprocz tego ten kraj mnie rozpiescil,zwlaszcza jesli chodzi o bycie klientem,petentem.W Polsce nie moge sie pogodzic z wszedobylska pochmurnoscia-naburmuszone twarze w instytucjach,ktore powiny byc dla ludzi.W bankach,przychodniach,sklepach.Czasem czuje sie jak intruz.Mozecie mi nie wierzyc,mozecie twierdzic,ze jestem przewrazliwiona albo chce za duzo,ale nawet juz na lotnisku po polskiej stronie,pan lub pani w okienku rzuca paszportem i ignoruje moje Dzien dobry.Probuje walczyc z tym,ale zawsze wtedy moja siostra mnie temperuje i kaze sie zwyczajnie zamknac;)Ktos moze sie nie zgodzic,ale to sa moje osobiste obserwacje(i moich znajomych-emigrantow rowniez). Gwoli scislosci.Naprawde kocham Polske,kocham ten kraj,mam tam rodzine,wspanialych ludzi,ukochane miejsca w Warszawie.Tam zostaly najpiekniejsze wspomnienia.

To teraz dla rownowagi:sa tez rzeczy i zjawiska,ktore mi sie nie podobaja tutaj.Problem nr 1 to tutejsze dzieci i mlodziez.Do 16 roku zycia mozna im wszystko, zas reszcie nie mozna nic.Moj znajomy mial niemaly problem,kiedy wyszlo na jaw,ze czasem zostawia swoje dzieci(w wieku okolo 10 lat) same w domu.Niewazne ze "tutejsze",czesto sporo mlodsze, biegaja samopas po ulicy o dowolnej porze dnia,bluzgajac,walac kijami w zaparkowane samochody,zaczepiajac przechodniow.

Ze zgroza mysle o posiadaniu dzieci w tym kraju.Uwazam tez,ze edukacja w Polsce jest na o wiele wyzszym poziomie.I jestem dumna z tego,ze odebralam ja wlasnie tam.Nie mowie,ze tu dzieci nie ucza sie niczego,ale kiedy porownuje swoja wiedze ogolna z ludzmi stad,ludzmi po studiach,to wychodze na geniusza,zlaszcza jesli chodzi o historie czy geografie.Zawsze sie czepiam tej geografii,ale nie moge zniesc kiedy ludzie nie znaja mapy zupelnie:/No i jezyki obce,ktorych nauka nie jest w ogole popularna ani tez wlasciwie uzyteczna,skoro mozna sie wszedzie,w kazdym miejscu kuli ziemskiej porozumiec po angielsku...

Na ten temat-temat emigracji,wszelkich roznic i bycia emigrantem moglabym pisac i mowic godzinami:)

wtorek, 29 kwietnia 2008

K.strasznie nie lubi,kiedy zaczynam dywagacje na temat wieku,przemijania i starzenia sie.Ale jest cos,co zaobserwowalam i co jednak przyszlo do mnie z wiekiem wlasnie.K.na pewno wstawilaby w tym miejscu,ze nie o wiek tu chodzi lecz o doswiadczenie zyciowe i to co w zyciu czlowiek przechodzi,co go spotyka i niezalezne to jest od wieku.Niech bedzie i tak...

Zauwazylam,ze sie wyciszam.Zauwazylam,ze kiedy chce potrafie sie nie zloscic,ze potrafie odpuscic.Kiedys taka nie bylam.Probowalam za wszelka cene postawic na swoim, krzyczalam,tupalam,wielokrotnie pokazujac swoja niedojrzalosc,bute mlodziencza(teraz zabrzmialam jak starsza pani,narzekajaca na dzisiejsza mlodziez;) ).Wpadalam w furie bez powodu.Nie rozumialam,ze czasem nie wolno mowic wielu rzeczy,ze czasem trzeba przemilczec,ze jest cos takiego jak powiedzenie jednego slowa za duzo...Mialam wpojona jakas taka dziwna zasade,ze wszyscy musza wiedziec o moim niezadowoleniu. 

Zauwazylam,ze zaczynam rozumiec ludzi.Ich roznorodnosc.Umiem tolerowac odmienne od moich poglady.I przede wszystkim nauczylam sie,ze to,ze bliskie mi osoby maja odmienne od mojego zdanie,poglady opinie,to nie koniec swiata.A wrecz odwrotnie-ze to jego naturalny porzadek(zaznaczyc pragne tu zdecydowanie,ze za wyjatkiem takich chorob jak rasizm,homofobia i antysemityzm).

Nauczylam sie,ze zycie zaskakuje.Ludzie zaskakuja.Pozytywnie.Zdarzaja sie rzeczy,ktore wywoluja szeroki usmiech na twarzy i przywracaja wiare w rzeczy niemozliwe.

Dzis potrafie dostrzec rzeczy wazne i wazniejsze.Pogodzilam sie z faktem,ze wszystkiego w zyciu miec nie mozna.Zawsze trzeba wybierac.Zaczelam rozumiec,ze kazdemu czegos brakuje.Nie ma na swiecie ludzi,ktorzy mieliby wszystko.

Zaczynam rozumiec,ze mam swoje zycie i ja jestem rezyserem.I ze proby nie bedzie.Musze zyc tu i teraz.Musze sie spieszyc.Nie ma czasu na porownywanie sie do innych,nie ma czasu na myslenie o przeszlosci,gdybanie,zalowanie czegokolwiek.Trzeba tylko wyciagac odpowiednie  wnioski i isc naprzod...Ci,ktorych kocham,sa ze mna,obecni w moim zyciu,jedni blizej,inni dalej.Jednak wciaz sa.

Nauczylam sie tego wszystkiego na emigracji-brnac przez niekonczace sie roznice kulturowe i poznajac wielu roznych ludzi.

 

 

Od kilku dni zyje sie w magicznym swiecie genialnej powiesci The Book Thief(Zlodziejka ksiazek).Dzisiaj czytalam az do rana,co teraz owocuje nieprzytomnoscia:)

Szkoda tylko,ze skonczyly sie czasy,kiedy mozna bylo zasiasc nad ksiazka i czytac ja,az do przeczytania.Tak lubilam najbardziej.Choc takie przedluzanie przyjemnosci tez jest wspaniale;)

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

To juz prawie 3 lata od pewnego weekendu majowego.Cala nasza paczka.W Nadarzynie.Wesolo,radosnie,glosno.Zakupy w malym sklepiku,robienie kanapek,rozmowy do rana.Wszystko uplywalo pod znakiem konczenia prac magisterskich i oczekujacej nas wrzesniowej wyprawy do Szkocji.W nieznane.Po nowe zycie.Lepsze,latwiejsze,prostsze...7 dziewuszek.Tylko jedna z nas nie poznala smaku emigracji. 

A dzisiaj wszystko jest inaczej.Nie wszystko jest prostsze,pewnych rzeczy juz nie ma...Nie przetrwaly proby.Nie udaly sie.Dzis mamy(jak to Kasia trafnie okreslila)Z(z)achod w twarzach...

Pozostaly zdjecia.Poogladam je sobie zatem...

piątek, 25 kwietnia 2008

Wczoraj bylysmy w Safari parku.Tym razem udalo nam sie dotrzec(ostatnim razem w polowie drogi nas zawrocili,bo byl wypadek i droga byla zamknieta).

Niesamowite wrazenia:)Jezdzi sie samochodem pomiedzy zwierzetami,a one wychodza sobie czasem na droge,stoja i patrza.Bylo bardzo duzo jeleni i jeden taki malutki tyciutki:)

Najgorszym przezyciem byl przejazd kolo lwow.Bylo ich  kilka,lezaly pod drzewem i miny mialy takie,ze wlasciwie nie bylysmy w stanie wywnioskowac,co sobie o nas mysla i czy zamierzaja nam jakas "niespodziewanke"przygotowac.

 

Widzialysmy tez wielkiego dromadera i super odmiane swini.

Caly ten park jest jednak najbardziej nastawiony na wizyty dzieci.Wielki plac zabaw,mini wesole miasteczko.Pelno atrakcji typu karmienie zwierzat-mozna sobie zakupic kubeczek ze specjalna karma i karmic np.kozy,co tez uczynilysmy:)I musze przyznac,ze kozy okazaly sie bardzo przyjaznymi zwierzetami.Nigdy nie przypuszczalabym,ze mi tyle radosci sprawi obserwowanie tych zwierzakow.Najbardziej biedny byl taki maly koziolek,najmniejszy ze stada."Starszyzna" odpychala go nieustannie i wlasciwie z naszych kubeczkow niewiele dostal:/

 

 

 

Byl tez kangurek:)

 

 

I jeszcze takie male stworzenie,ktore bylo wyjatkowo smieszne i zachowywalo sie,jakby wiecznie sie czegos balo;)

 

 

Jednym slowem wycieczka sie udala.I pogoda dopisala-a tu juz sie akurat rzadko zdarza w tym kraju:)

Na koniec jeszcze zdjecie,moze nie najlepszej jakosci(bo ze mnie zaden jakosciowy fotograf),ale bardzo mi sie ten budynek spodobal i jego lokalizacja nad jeziorem.

środa, 23 kwietnia 2008

Dzisiejszy dzien zaliczam do wyjatkowo udanych,poniewaz bylam na zakupach i byly to zakupy ksiazkowe:))

Zaczelo sie od wyspania,co ostatnio nie zdarzalo sie czesto:))))Pozniej zaliczylam charity shop,gdzie nabylam "Vanity Fair" Thackeraya za uwaga:)£1:)))uwielbiam wynajdywac stare ksiazki.Zakupilam juz w ten sposob sporo Szekspira,Dickensa,Tolstoja(porzadne,piekne wydania,w twardych oprawach).Zawsze mnie zastanawia,dlaczego ludzie oddaja ksiazki.To jest dla mnie naprawde niepojete...Ale wspaniale,bo czasem mozna znalezc duzo ciekawych rzeczy.A ja jeszcze czasem jak kupuje angielska klasyke,to tak sobie mysle w glebi duszy,ze to juz dla potomnosci,bo potomnosc owa do szkoly bedzie chodzic tutaj przecie:)

A pozniej udalam sie do ksiegarni,gdzie zaopatrzylam sie w 3 knigi,na ktore mialam chrapke juz od dawna "The book thief"(polowalam na Merlinie na nia ale w koncu bedzie w oryginale:))),knige Iana McEwana "On Chesil Beach"(dostala nagrode w British Book Awards 2008),i "Penelopiade" Margaret Atwood.Przy okazji dostalam karte i teraz za kazdego wydanego szkockiego grosza bedzie punkt:)

niedziela, 20 kwietnia 2008

Ogladalam dwa dni temu Flashbacks of a fool z Danielem Craig'em.Historia brytyjskiego aktora Joe Scotta,ktory przezywa kryzys kariery.Pewnego dnia dostaje telefon od matki,ktora mowi mu o smierci jego najlepszego niegdys przyjaciela.Joe wyrusza do Anglii,powracaja trudne i bolesne wspomnienia,flashbaki z przeszlosci,tajemnice i duzo bolu...Joe wspomina swoje zycie,spotyka ludzi,ktorych zostawil dawno temu.Niestety nie spotyka juz Bootsa.Ale moze gdyby nie smierc przyjaciela,Joe jeszcze dlugo nie przyjechalby w rodzinne strony?

Bardzo dobry film. Poruszyl pare strun.Tych bolesnych,zwiazanych ze smiercia i uplywem czasu.Choc wszystko w zyciu moze sie zdarzyc-jestem stosunkowo mloda i prawdopodobienstwo mniejsze.Ale kiedy dzwonie do mamy,coraz czesciej slysze,ze zmarl ktos w jej wieku,ktos mlodszy,ktos z kim chodzila do szkoly itd.I wiem,ze kiedys nadejdzie taki moment,kiedy przyjdzie pora na moje pokolenie...I jaki to bedzie moment i kiedy?Czy jest jakas regula?Jakas granica wieku?

Ten film po raz kolejny pokazal, jak duzo w zyciu zalezy od przypadku,od jednej decyzji,wyboru,moze bledu,od zrobienia kroku w te lub tamta strone...Jak bardzo latwo cos,kogos stracic...Polecam!

 

 

I po spotkaniu.Strasznie sie stresowalam a bylo  bardzo milo.Karolina okazala sie bardzo wesola,ciepla osoba.To ona pierwsza rozpoznala mnie na dworcu i podeszla.Rozmawialysmy glownie po polsku i  jej polski jest naprawde dobry:)Co prawda czasem zapomina o odmienianiu slow przez przypadki albo w desperacji wtraca slowa angielskie ale jest to naprawde,jak to mowia tutejsi;) cute:)Czesto jej mowilam,ze bardzo ladnie mowi po polsku,co ja cieszylo,bo dziadek jest w stosunku do niej bardzo wymagajacy,poprawia ja nieustannie,denerwuje sie i wznosi oczy ku niebu;)Powiedziala mi,ze od niedawna czuje ogromna potrzebe polskosci.Chce sie nauczyc historii,poznac literature,czytac i pisac po polsku,zwiedzic Polske wzdluz i wszerz. Poczulam nawet male wzruszenie,kiedy z zapalem opowiadala mi o Mieszku I i Boleslawie Krzywoustym,o ktorych niedawno sie uczyla.

piątek, 18 kwietnia 2008

Znowu pada:/Ta pogoda doprowadzi mnie kiedys do ruiny psychicznej...Chce mi sie strasznie spac,kiedy jest taka pogoda,na niczym nie potrafie sie skupic i w ogole moje samopoczucie jest do niczego.Kira przysypia na oparciu kanapy,co jakis czas lypiac na mnie czy przypadkiem nie wstaje i nie udaje sie w okolice lodowki:)

Jutro spotykam sie z moja kuzynka.Warto dodac,ze ostatni raz widzialam ja, kiedy miala kilka miesiecy a teraz ma kolo 20 lat.Znalazlam ja na Facebooku,trafilam na nazwisko,zgadzalo sie miejsce zamieszkania,napisalam,ze chyba jestesmy rodzina.I okazalo sie,ze to ona.Na potwierdzenie napisala mi moj domowy adres:)Jej dziadek jako dziecko wyemigrowal z rodzicami do Anglii podczas drugiej wojny swiatowej.Kiedy bylam mala,pamietam,ze przyjezdzali do nas srednio 2 razy do roku,potem Wujek ,sie zestarzal,jego zona zmarla i jakos tak kontakt sie ograniczyl tylko do kartek na swieta. I jutro Karolina bedzie w Edynburgu na kilka godzin,wiec spotykamy sie.Bardzo sie ciesze,ale tez troche stresuje.To takie dziwne uczucie.Ktos kogo zupelnie nie znam a ktos, kto jest jednoczesnie moja bardzo bliska rodzina.I ustalilysmy,ze bedziemy po polsku starac sie rozmawiac:)

Jak tak sobie korespondowalysmy przez te kilka miesiecy ,okazalo sie,ze mamy duzo wspolnego.Obie lubimy czytac,ona studiuje teraz literature,uczy sie polskiego i za rok jedzie na stypendium do Gdanska:)Obie mamy tez  chyba zapisany w genach zyciowy pesymizm i boli nas zlo swiata tego...

 

K.zasypiajac podzielila sie ze mna pewna mysla.Taka, powiedzialabym, filozoficzna i gleboko zyciowa,dajaca sie zastosowac do zycia,jakkolwiek do tej pory nie bardzo wiem o co jej do konca chodzilo:)Obstawiam aluzje do mojego parszywego charakteru i sklonnosci do zrzedzenia...

Otoz zasypiamy sobie:

K:- Trzeba sie cieszyc tym co sie ma i nie narzekac.Tak jak w tej polskiej bajce o kozie.

Ja:-Jakiej bajce?O jakiej kozie?Polskiej?

K:-No Brzechwy chyba,albo Tuwima.

Ja:-(ironicznie i zlosliwie) Moze Andersena?

K:-A moze braci Grimm?!!!No,w kazdym razie byla sobie rodzina i narzekali na wszystko,ze im ciasno,ze za malo miejsca maja,i zycie ciezkie i zero usmiechu na twarzy.I ktos im poradzil kupic koze.No i z ta koza bylo im strasznie ciasno,wiec ja wyrzucili i wtedy sie okazalo,ze i miejsce jest i zycie jest jakby piekniejsze,i powodow do narzekania nie ma...

A potem K.zasnela.....

A ja do tej pory nie wiem,co TO ZA BAJKA!I uwazam,ze nie bylo nigdy takiej bajki:)))

 

                                                     <<<<<<<<<<<<>>>>>>>>>>>>>

Muu-min przybyl.I Migotka:) Migotka kroluje na lodowce a Muu-min lansuje sie czyt.powisuje na moim telefonie:)Z calego serducha dziekuje raz jeszcze:))))

 

 

 
1 , 2