PustaMiska - akcja charytatywna Psiarnia
Pomagam! -50stron.pl
Kategorie: Wszystkie | Kirosinka | Literatura
RSS
środa, 26 marca 2008

Nie mojej tym razem, lecz K.:)

Przedwczoraj do poźnej nocy siedziałyśmy obie przed komputerem na youtube i K.wynajdowała coraz to nowe bajki z dzieciństwa.To było piękne,bo mogłam widzieć tyle emocji na jej twarzy.Otwarte szeroko usta,całkowite zapomnienie i istnienie jakby w innym świecie-niczym w dzieciństwie,i ten uśmiech..bezcenny... I śpiewała wszystkie piosenki:)A mi jak zwykle łezka popłynęła:)Taka sentymentalno-wzruszeniowa.

Wklejam zatem kilka pięknych hiciorów z jej detstva:)

A teraz Umka,którego poznałam dopiero teraz:)I zdobył moje serce:)I stanęło na tym,że kiedy już będziemy miec wymarzonego labradora,to otrzyma on imię Umka właśnie!
A teraz coś mojego:)
 
 
 
 Ech..Wspomnienia:)
 
 
 
 
poniedziałek, 24 marca 2008

Święta się skończyły...Przyniosly mi wiele refleksji i jedną taką wyraźną i bolącą...Nigdy nie byłam szczególnie związana z domem,z rodziną.Nie miałam też w swojej biografii szczególnych Świąt ale wiem jedno...Święta na emigracji zawsze będą inne.Można starać sie przenieść wszystko na tutejszy grunt,można pielęgnować tradycje,ale zawsze będzie czegoś brakować.Nie potrafię nazwać tego czegoś...To jest coś co czuję,czuję mocno i coś,co sprawia,że zaciskam zęby,by powstrzymać łzy...Może to brak atmosfery jedności,bo życie tutaj podczas każdych świąt toczy się normalnie,dużo ludzi pracuje,ulice nie są puste jak w Polsce w takich dniach?...Na Onecie w ostatnich dniach było mnóstwo artykułow,dotyczących Świąt na Wyspach,różnic między ich obchodzeniem itd.Mnóstwo przeróżnych opinii na temat Świąt emigranta,jak je spędza-w samotności,w pracy,starając sie nie zauważać tej daty w kalendarzu...

Moja osoba na pewno niewiele ma wspólnego z takim "emigrantem".Nasze Święta zawsze staram sie uczynic takimi,jakimi byłyby w Polsce(nie mogę tu nie wspomnieć o fakcie,że obchodzimy również święta prawosławne,więc prawie zawsze są święta x 4,chyba że Wielkanoc wypada tak samo).I jest to coś,myślę,pięknego.Coś,co daje radośc.Na każde święta stawia sie stały skład,poza drobnymi wyjątkami,kiedy któraś dziewoja wyjeżdża do Ojczyzny.Wczoraj bylo nas więcej.Po raz pierwszy dwoje nowych ludzi-mój kolega z pracy  i jego żona.To też daje dużo radości,bo oznacza,że mamy nowych znajomych.Ale zauważyłam,że jak dotąd nie było z nami nikogo spoza Polish community...Zastanawiam sie,czy to nie jest jakaś taka nieświadoma ucieczka od trzymania kogoś "obcego" z dala od polskich tradycji,polskich Świąt,polskich zwyczajów?Bo nie zrozumie?Bo uzna za dziwne?Śmieszne?Bo nie zasmakują mu polskie potrawy świąteczne?...Nie wiem.Za dużo pytań sobie sama zadaję...

Miałam wolne,oba dni.To taka mała obietnica,poczyniona dla samej siebie w zeszłym roku.Nie będę pracować w Święta,w zadne święto.I bynajmniej nie z powodów religijnych.Podejrzewam,że gdzieś w głębi duszy dlatego,żeby czuć to,co czułam kiedyś,dawno temu w Polsce podczas każdych świąt,długich weekendów-żeby czuć,że jetem jeszcze częścią tamtego kraju i bliskich mi ludzi,których życie toczy sie własnie tam.Nie wynika to też na pewno z patriotyzmu,bo raczej takiej cechy w sobie nie zauważyłam jak dotąd. 

Wczoraj po śniadaniu wielkanocnym,kiedy wszyscy się rozeszli-do pracy bądź do domów,zostałam sama z Kirą.Pozmywałam naczynia,zrzuciłam zdjęcia ze śniadania,zadzwonilam do rodziców i...poczułam straszliwą samotność...Nie potrafiłam nawet wyjaśnić sama sobie,czego bym chciała,jakich Świąt,jakiego scenariusza,jakiego dnia...Wyruszyłam do K.do pracy. W autobusie spotkałam samych Polaków i mniej więcej w polowie drogi zdałam sobie sprawę,że oni wszyscy jadą do kościoła polskiego.Nie wiem dlaczego wysiadłam razem z nimi...Po prostu wysiadłam przystanek wcześniej,nie planując tego,tak wyszło.Czy to był błąd?Nie wiem.Ale wiem,że kiedy tylko usiadłam w kościele zaczęły mi lecieć łzy...Leciały bez przerwy i coś strasznie w środku bolało.Przypomniało mi się dzieciństwo,przypomniał się mały wiejski kościół,święconki i zobaczyłam przez chwilę siebie jako małe dziecko,beztoskie i zafascynowane magią świąt...I jeszcze coś...Myślę,że choć łatwiej mi o tym nie mówić i nie myśleć,tesknię za moją Mamą.I wiem,że nigdy jej tego nie powiem.I wiem,że ona o tym nie wie...Zrobiło mi się niezręcznie,rozejrzałam się i zobaczyłam..że nie tylko ja płaczę.Dokoła ukradkiem bądź zupełnie jawnie i ze spuszczonymi głowami,ze wzrokiem wbitym w podłogę lub w ołtarz płakało wielu młodych i starszych ludzi.Z dala od rodzin,z dala od domu,z dala od tego,co było a co zostawili,z tęsknoty za tymi,ktorzy są tam nad Wisłą...

Szkocja to jest mój kraj.Tu zaczęłyśmy dorosłe życie.Prawdziwe życie.Tu doznałam(i myślę,że mogę też w imieniu innych wypowiedzieć się w tej chwili)dużo bólu ale i dużo szczęścia.Tu nauczyłam sie wielu rzeczy,tu sie ukształtowałam.Tu jest mój,nasz dom.Liczy się tylko to co tu i teraz.Przynajmniej powinno się liczyć.Ale wiem,że w dni takie jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc pojawia się to "coś",co toczy człowieka od środka i sprawia ból...I myślę,niestety,że to nie minie.Czas to załagodzi, ale nie uleczy do końca.Nigdy.

sobota, 22 marca 2008

 

 Kochani Odwiedzacze i Blogowicze,

z okazji Swiąt Wielkanocnych pragnę Wam życzyć jak najwięcej zadowolenia i wspaniałej atmosfery dokoła.Niech te Swięta Wam upłyną jak najpiękniej,niech w Waszych sercach zagości wiosna,radość  i nowe nadzieje i marzenia...Niech nie zabraknie przy Was osób bliskich,tych,ktorych kochacie:)Smacznego jajeczka i pięknej pogody na całe święta:)

sobota, 15 marca 2008
piątek, 14 marca 2008

Od tygodnia jestesmy w supciokomplecie:)Przyjechali Imperatorowie:)Ja mam urlop,wiec spedzam z nimi duzo czasu i wspaniale mi z tym.Niestety dzien ich wyjazdu zbliza sie nieublaganie:(Wczoraj planowalismy wspolna Gwiazdke,kto wie...moze za rok?:)I wtedy juz Homi przyjedzie i Kironek bedzie w siodmym niebie.Chociaz i tak nie narzeka na brak zainteresowania ze strony wujostwa(to znacznie lepiej brzmi niz ciotostwa;) .Lukasz zwykl na kazde jej pojawienie wykrzykiwac slynne "Co jest Kiroslawo,Czarna Torbo"(dodam,ze Homi jest ruda Torba).

W srode wybralismy sie wielka grupa piecioosobowa do Newcastle,a wiec w koncu po 2,5 roku pobytu na Wyspach bylysmy w Anglii:))Pieknie bylo,wesolo.Jechalismy okolo 3 godzin samochodem.Dziewuchom humor dopisywal nadzwyczajny a ja jak zwykle,prawie pod sam koniec wycieczki,domyslilam sie co bylo w tej wielkiej butelce Irn Bru,z ktora Katarzyna wyszla z domu,kiedy po nia podjechalismy...;)Turbo-Ptys jednym slowem:)))Lecialy wszystkie przeboje naszej mlodosci,dziewczyny przystosowaly butelke na potrzeby mikrofonu,nigdy nie sadzilam,ze w "pomieszczeniu"tak malym jak samochod mozna zrobic tyle zdjec:)

W Newcastle przeszlismy sie kolorowa China Town,potem byla slynna katedra,zamek,i na koniec,ku wielkiej radosci wszystkich koryto:)))Zaczelo oczywiscie tradycyjnie padac pod sam koniec:/

Ogolnie piekne miasto,bardzo mi sie podobalo.Bardzo duze,ma o wiele wiecej sklepow,centrow handlowych niz Edin.Zycie toczy sie szybciutko.Co dziwne,nie slyszalam jezyka polskiego ani razu na ulicy.Niepojete to dla mnie,bo przeciez Polakow w Newcastle dostatek.Zreszta gdzie nas nie ma:)

 

Spodobal mi sie fragment muru miasta:)

 

poniedziałek, 03 marca 2008